RSS

Archiwum kategorii: Opowiadania

Kowala autoportet wyryty w słowach – part 11

Zwykły dzień, jakich wiele już było w historii świata. Słońce odbijało się od tysięcy szyb miasta, dając dziwne poczucie rześkiego poranka.
Coś jednak było nie tak, z czego Kowal zdawał sobie sprawę. Co to było, tego nie wiedział. Tradycyjnie więc postanowił to odkryć, zaglądając wgłąb swojej głowy. Nagle przestał czuć chłód, mimo że stał na balkonie październikowym rankiem. Przestał widzieć to, co było dookoła, przestał słyszeć dźwięki z zewnątrz.
- No dawaj Kowalu, dawaj… Gdzieś to musi być w tobie. Przecież wiesz, co ci nie pasuje, teraz tylko musisz to zobaczyć…
Faktycznie zobaczył. W którymś kącie świadomości leżał skulony Kowalski, cały pokryty czarną, gęstą mazią. Kowal zmrużył oczy. Gdzieś to już widział, choć nie był pewien czy w swojej głowie, czy gdzieś indziej.
- Kowalski! – krzyknął – Co to ma być? W co ty się znowu bawisz, o czym ja nie wiem?
Wtedy część jego osobowości, którą nazywali wspólnie Kowalskim uniosła głowę. Oczy pokryte szaleństwem zdawały się świecić na tle czarnej mazi. Jego usta rozciągnęły się w nienaturalnym uśmiechu i niemal wysyczał odpowiedź.
- God is wearing black…
- Jasne. To akurat jest tekst System of a Down, byłbym wdzięczny, gdybyś nie próbował śpiewać bo ranisz moje uszy. No i do boga jakiegokolwiek ci daleko. Zaraz się tobą zajmę.
Kowal wyszedł z tego stanu świadomości i wrócił do rzeczywistości. Wszedł do mieszkania i znalazł Kowalskiego śpiącego na swoim łóżku.
- Wstawaj – mruknął i potrząsnął lekko zaspanym sobą.
Nie był do końca pewien, czy powinien spodziewać się nagłego ataku szału, poczuł jednak ulgę widząc siebie uśmiechniętego i jakby bardzo dobrze wyspanego.
- Co jest? Śniadanko zrobiłeś?
Kowal prychnął. Zawołał go do kuchni i nalał kawy do kubka. Niestety widok czarnego płynu pogorszył tylko jego samopoczucie.
- Coś cię dręczy może ostatnio? – Spytał.
- Nie no, takie pytanie zamiast dzień dobry to ciekawa odmiana, nawet jak na ciebie…
- Nie żartuj sobie. Widziałem to czarne coś, co się do ciebie ciągle klei, kiedy wyłącza ci się świadomość. Co to jest?
Kowalski zachmurzył się. gdyby usłyszał to od kogokolwiek innego, zaśmiałby mu się w twarz. Ale to był Kowal. Uduchowiona część jego samego, u której widzenie takich rzeczy oznaczało naprawdę poważną sprawę.
- Tak mam od początku miesiąca. Męczy mnie to w snach, czasem nawet za dnia mam wrażenie, że wspina mi sie po kręgosłupie. Nie wiem co to jest, ale czuję, że nic dobrego. Właściwie to trochę tak, jakby cały mój zapas zła został przelany w to coś. I właśnie to coś próbuje mną zawładnąć.
Kowal odchylił się i oparł wygodnie na krześle. Prawie się uśmiechnął.
- Bogaty, metaforyczny opis, zwłaszcza jak na ciebie.
- Daj spokój. Czasem budzę się w nocy z dzikiej nienawiści przeciwko czemukolwiek – upił łyk kawy i spojrzał uważnie na Kowala. – A ty wiesz, co to może być?
Kręcona czupryna zaczęła się kiwać w górę i w dół.
- Szkoda, że nie przyszedłeś z tym do mnie wcześniej. Wtedy nie było by problemu, teraz trzeba będzie użyć bardziej drastycznych środków.
- Ale co to jest, do diabła? Obcy? Symbiont, jak w spidermanie?
Tym razem Kowal nie powstrzymał uśmiechu.
- Można to porównać, w pewnym sensie. Chodzi o to, że przeładowałeś się negatywnymi emocjami, które nie mogąc znaleźć ujścia, zaczęły żyć własnym życiem i próbują zaspokoić swoją żądzę destrukcji. Tak w skrócie.
Kowalski uniósł prawą brew, zatrzymał kubek z kawą w połowie drogi do ust.
- To z kolei – powiedział – było zbyt dziwne nawet jak na ciebie. Z resztą, czy to nie ty jesteś od takich rzeczy? Mnie oddzieliłeś od siebie, żeby takie rzeczy mnie się nie przytrafiały, prawda?
- No tak. Ale wiesz, nikt nie jest doskonały. Zostały w tobie przecież jakieś emocje, ja też mogłem się pomylić w pewnych rzeczach.
- I co teraz? Jakieś egzorcyzmy, czy pójdziemy kogoś zabić, żeby to się uciszyło?
- Nawet o tym nie myśl. Nikogo nie będziemy zabijać, wręcz przeciwnie. Zrobimy to, co kilka lat temu już zrobiliśmy. oddzielimy to coś od ciebie i damy mu nowe, osobne życie.
Kowalski opuścił kubek na stół. Brwi nie mógł już podnieść wyżej, żeby oczy przypadkiem nie wpadły mu do kawy.
- No chyba sobie jaja robisz. Nie pozwolę ci na to przecież. To coś, jak tylko się ze mnie wydostanie, zacznie robić szkody. Duże szkody, to ci gwarantuję.
Kowal tymczasem zaczął rozmasowywać sobie ręce i popatrzył przepraszająco na Kowalskiego.
- No to za późno, chociaż z jednym miałeś rację.
- Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że już go oddzieliłeś?
- A czujesz to coś?
- Jesteś… Niepoważny! I gdzie to teraz jest?
Kowal uśmiechnął się, tym razem zadziornie.
- Powiedziałem, z jednym miałeś rację. Oddzieliłem go, ale cały czas jest w tobie. Zamknąłem go w klatce, z której raczej nie powinien się uwolnić. No chyba, że mu pozwolisz, ale nie robiłbym tego na twoim miejscu.
Wstał, pozmywał kubek i skierował się w stronę balkonu. Kowalski zerwał się na równe nogi i zagrodził mu drogę.
- I co ja mam z nim teraz zrobić?
- Proponuję porozmawiać, tak na początek. Mnie to pomogło poradzić sobie z tobą. Aha, “to coś” ma teraz imię, które sam sobie wybrał. Chce, żebyś mówił do niego per Bestyja.
- Nienawi…
- Uważaj na słowa, chyba nie chcesz go wypuścić? Poza tym, to on mnie nienawidzi, nie ty. Nie daj mu się omamić, dobra? Zobaczysz, jeszcze przyjdzie taki czas, że się ze sobą oswoicie. Ja idę sprawdzić teraz, czy jeszcze leci para z ust, jak się jest na dworze.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 18 Październik 2011 in Kowala autoportret

 

Paweł Skrzycki [001]

Jak byś się poczuł, gdyby nagle okazało się, że wszystkie twoje kłamstwa stają się rzeczywistością? Wszystkie, bez wyjątku. Nieważne czy skłamałeś o swojej pracy szefowi, czy księdzu na spowiedzi. Najważniejsze jest to, co powiedziałeś.
Słowa są mocą samą w sobie, mają moc zmieniania rzeczywistości. Każdy w to wierzy w mniejszym lub większym stopniu. Co innego, kiedy przychodzi zetknąć się z tym naprawdę.
Historia zaczyna się niepozornie, choć mało typowo. Młody mężczyzna, lat dwadzieścia cztery, wybrał się ze swoimi znajomymi do wróżki. Paweł Skrzycki, bo tak się nazywał, za kilkanaście dni miał wziąć ślub. Miał też niedługo zmierzyć się z przeciwnościami losu, których wcześniej nie podejrzewał nawet o istnienie. Tego oczywiście nie wiedział… Jeszcze.
Koledzy zabrali Pawła do starszej kobieciny, która dorabiała sobie do skromnej emerytury wróżąc ludziom. Po osiedlu krążyły plotki, że Adela, czyli właśnie owa jasnowidząca, wspomaga się różnymi przedmiotami: szklaną kulą, tarotem czy fusami kawy. Niekiedy zdarzało się również, że wróżyła z ręki lub aury człowieka. Wszystko to zależało jednak od tego, jaki miała humor w danym dniu oraz jak zasobnym portfelem dysponował człowiek, który akurat wszedł do jej mieszkania. Nigdy nie pytała „kto tam?”, a żaluzje w oknie zawsze były opuszczone. Każdy ma jakieś swoje małe dziwactwa, jej akurat dotyczyło szeroko pojętego wróżbiarstwa.
- Wejść! – krzyknęła, zanim którykolwiek z paczki zdążył zapukać czy nacisnąć dzwonek. – No wejść mówię!
Do małego przedpokoju wtoczyła się pięcioosobowa zgraja dawnych osiedlowych rozrabiaków. Każdy z nich znał Adelę od dziecka, każdego z nich ona znała praktycznie od urodzenia. Grzecznie przywitali się i z głupkowatymi uśmiechami na twarzach próbowali wyjaśnić, po co przyszli.
- Przecież wiem, po co przyszliście – powiedziała i usiadła za okrągłym, drewnianym stołem przykrytym ciemnozielonym obrusem. – Pawełek ślub bierze niedługo i chcecie, żebym przepowiedziała mu, co go czeka. Mam rację?
- A skąd pani wie? Przecież nic w sumie nie powiedzieliśmy! – odezwał się Gruby. W każdej paczce zawsze znajdzie się ktoś, na kogo tak wołają. Nie musi być nawet specjalnie tęgi. Po prostu ktoś musi być grubym, tak jak w niektórych pączkach zawsze musi być okrągła dziura. Nikt nie wie po co, tak po prostu jest.
Staruszka uśmiechnęła się chytrze i wzięła do ust żółtego cukierka.
- Z kosmosu. – Na widok głupiej miny Grubego dodała szybko – Oczywiście, że wiem! Tak ciężko się domyślić, po co wasza banda przychodzi do mnie, kiedy całe osiedle aż dudni od tego, że młody Skrzycki się żeni? Na przyszłość pomyśl trochę chłopcze, zanim coś palniesz, albo kiedyś tego pożałujesz!
Gruby dał się ponieść sytuacji i naprawdę wpadł w panikę.
- Czy to była przepowiednia dla mnie? Coś złego mi się stanie?
- To było ostrzeżenie, matole jeden! Nie od wróżki, tylko od osoby starszej i bogatszej w życiowe doświadczenia! Gdzieś ty był, jak rozum Pan Bóg rozdawał?
- Pewnie kolejki mu się popieprzyły i poszedł do McDonalda – parsknął Paweł.
Adela jednak nie doceniła jego żartu i spiorunowała go spojrzeniem. Potem zaprosiła gestem na krzesło naprzeciw siebie. Skrzycki usiadł i z wyrazem kończącej się, acz anielskiej cierpliwości, wpatrywał się w kobietę. Po jaką cholerę mnie tu przywlekli, pytał w myślach sam siebie. Co ja mam teraz, zmarszczki jej liczyć?
- Ani mi się waż – powiedziała.
- Słucham? O co chodzi?
To zrobiło wrażenie nie tylko na Pawle, ale na wszystkich jego kompanach.
- Nie, nie czytam ci w myślach – odpowiedziała z jeszcze bardziej złowieszczym uśmieszkiem. – Po prostu miałam wrażenie, że myślisz o czymś głupim. Zaczynamy? Dobrze. W takim razie powiedz mi coś o sobie.
- Przecież zna go pani od małego, ma jeszcze o sobie opowiadać? – Wzburzył się Doktorek.
- A jeśli ci powiem, chłopcze, że od tego co mi powie teraz, będzie zależeć, jak się potoczy jego życie? Co? Taki jesteś bystry, to może sam mu powiesz, co go czeka?
Doktorek zamilkł, ale Skrzyckiego trochę to zdenerwowało. Też nie widział sensu w opowiadaniu o sobie kobiecie, która od prawie ćwierćwiecza mieszka w klatce obok niego. Nie był w nastroju na badania psychologiczne. Przyszedł do Adeli dlatego, żeby potem przy piwie móc się ponabijać z tego, co mu przepowiedziała. Postanowił więc sam zadbać o to, żeby móc się potem ponabijać.
- Więc tak. Paweł Skrzycki, lat dwadzieścia cztery. Mieszkam w klatce obok. Obecnie pracuję jako kurier, rozwożę listy, paczki i emerytury. To za dnia – w tym momencie odwrócił się do kumpli i porozumiewawczo mrugnął okiem. – Muszę jakoś zarobić na chleb, ale moim powołaniem jest zwalczanie sił Ciemności! Walczę z demonami, ratuję świat średnio trzy razy w miesiącu.
Oczy wróżki zwęziły się. Paweł zastanowił się, czy nie przeciągnął struny. Po chwili jednak się uspokoił.
- Kłamać lubisz, jak widzę – wyszeptała po chwili. Przypominała teraz mistrza Yodę, co wcale nie pomagało Skrzyckiemu w zachowaniu powagi. – Ale kto wie, może sam się przekonasz, że nie warto nadużywać słów.
- Oj przecież ja nie kłamię!
- Nie? Naprawdę? No dobrze, więc niech się stanie tak, jak chcesz.
- Już? To jest moja wróżba? Niech się stanie? A co mnie czeka?
- Nie musisz mi płacić, jeśli o to ci chodzi. Wystarczy mi, jeśli nauczysz się nie kłamać. A co cię czeka? Hmm… Daj rękę. – Podał. Nie było sensu wymagać czegoś więcej, tym bardziej, że za darmo. – Niech spojrzę… Tak… Czeka cię wielka przyszłość. Będziesz więcej wart, niż ci się wydaje. Przeciwności też będą wielkie, jak to w życiu. Nie widzę już wyraźnie, ale chyba dasz sobie radę. I strzeż się swoich demonów.
- Widzi pani demony na mojej ręce?
- Może nie umyłeś albo co… – rzucił półgębkiem Gruby, a reszta próbowała stłumić śmiechy.
- No i czego marudzisz Pawełku? Sam powiedziałeś, że walczysz z demonami. No to uważaj na nie. Z demonami nigdy nic nie wiadomo. No dobra – podsumowała, wstając od stołu. – Dostaliście, co chcieliście, a teraz uciekajcie. Za kwadrans mam umówione spotkanie, muszę się przygotować. No już, już, do widzenia.
Nawet się nie zorientowali, kiedy stali w korytarzu przed zamkniętymi drzwiami. Młody Skrzycki wciąż wpatrywał się w swoją rękę, gdy usiedli przed blokiem.
Może właśnie dlatego nie zauważył, jak Adela obserwuje go przez okno. Z drugiej strony, można by też powiedzieć, że staruszka patrzyła nie na Pawła ani nikogo z jego paczki. Chyba, że do paczki zaliczały się też demony ukryte w cieniu rzucanym przez blok.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 30 Sierpień 2011 in Opowiadania

 

Piąte włamanie do J.W. Wells & Co.

Piąte włamanie do J.W. Wells w tym miesiącu!
Jakie tajemnice skrywają mury tego budynku?

Fact, wydanie weekendowe, 27-28.11.2010r.

Co sprawia, że do niepozornej firmy włamała się już piąta osoba? Tego zapewne nie wie nikt poza jej dyrektorem oraz pięcioma włamywaczami. Ostatni z nich, spróbował swoich sił w sztuce włamu w nocy, z piątku na sobotę. Nie był to jego najszczęśliwszy dzień – nie zauważył dwóch policjantów patrolujących okolicę, którzy złapali go na gorącym uczynku. Reporterom Factu udało się dotrzeć do kilku informacji, których prawdopodobnie nie przeczytacie nigdzie indziej!

 

Norman F. (24l.), na co dzień spokojny informatyk w jednym z banków na przedmieściach, kierowany tylko sobie znanymi powodami, udał się w deszczową noc pod siedzibę firmy J.W. Wells & Co.
Sprawdził najpierw dokładnie cały budynek – gdy nie znalazł tylnego wejścia, rozpracował zabezpieczenia w głównych drzwiach. Następnie zniknął z oczu obserwującym go policjantom, którzy postanowili cierpliwie poczekać na delikwenta, aż ten wyjdzie z łupem.
Według raportów panów mundurowych, Norman F. nie spędził w środku nawet piętnastu minut. O dziwo, nie wyniósł nawet nic ze środka. Był natomiast blady i śmiertelnie czymś wystraszony, nie opierał się nawet przy aresztowaniu. Podobno, choć są to niepotwierdzone informacje, dziękował nawet jednemu z mundurowych za to, że zabiorą go w bezpieczne miejsce.
O tym, co stało się w środku, nasz reporter spróbował dowiedzieć się od samego Normana F. Oto co opowiedział specjalnie dla naszych czytelników włamywacz:

“Nie pytajcie, dlaczego się włamałem i co chciałem ukraść. To jest teraz tak naprawdę nieważne. Chcę, żeby to, co powiem, dotarło do ludzi. Do wszystkich! Tam w środku, w tej firmie, jest coś Złego! Kiedy wszedłem do środka, drzwi za mną same się zatrzasnęły, a ja usłyszałem ciężkie kroki. Nie pojedyncze, ale jakby kilku osób. Już wtedy wiedziałem, że coś nie gra. Z początku pomyślałem, że to jakaś policyjna zasadzka, więc schowałem się do pierwszego pokoju, którego drzwi były otwarte. Patrzyłem przez szparę, żeby sprawdzić, ilu ich było. Ale proszę pana! To nie byli ludzie! Nie wiem co to było. Tak jakby człowiekowi ktoś zamienił jego głowę na głowę takiej ropuchy z zębiskami! Mówi pan goblin? Nie wiem, nie znam się. Może. Ale nieważne. Było ich czterech, a każdy miał na sobie garnitur, jakby tam pracował i wychodził z nocnej zmiany… Wtedy zacząłem się bać, naprawdę. Ale jeszcze gorzej zrobiło się, gdy jeden z nich poczuł mój zapach. Wiem, że brzmi to śmiesznie, ale mówię prawdę! Pokręcił głową i w zaczął iść w moim kierunku. Wpadłem w panikę i wtedy zobaczyłem drugie drzwi w tym pokoju. I dam sobie rękę uciąć, że wcześniej ich tam nie było. No więc wie pan, dopadłem do klamki, szarpnąłem i to co zobaczyłem, było chyba gorsze od tych goblinów czy jak im tam. Panie! Tam za tymi drzwiami była górska dolina! Błagam, niech się pan nie śmieje! Ja też nie wierzyłem, dopóki halny wiatr nie zamknął przede mną tych drzwi! A potem otworzyłem je jeszcze raz… I zobaczyłem Statuę Wolności! Trzasnąłem tymi cholernymi drzwiami i schowałem się pod biurko. Wtedy jeden z nich wszedł do pokoju. Zamruczał coś, jakby był bardzo niezadowolony, ale chyba pomyślał, że uciekłem tym wyjściem, bo podszedł do tych drzwi i… niech pan uważa teraz. Najpierw wyciągnął z pomiędzy skrzydła a framugi taki długi, biurowy zszywacz. Nie mam pojęcia, skąd on się tam wziął. Może go kopnąłem, nie wiem. Ale to nic. Potem zamknął te drzwi, a następnie zdjął je ze ściany jak jakiś plakat… I zwinął w rulon… A potem położył go na biurku. I wyszedł. Ja się dziwię, że zawału tam nie dostałem! Jak tylko to coś wyszło z pokoju, uciekłem ile sił w nogach na ulicę. A tam czekali na mnie policjanci. I dzięki bogu, mówię panu! Ja mogę spędzić teraz nawet całe życie za kratkami, ale nie chcę już wracać do tego budynku! Niech pan sam sprawdzi, niech każdy kto chce, sprawdzi! Tam jest coś Złego i ja nie chcę mieć już z tym miejscem nic a nic do czynienia!”

Ocenę tej wypowiedzi pozostawiamy państwu. Coś jednak jest na rzeczy, ponieważ Norman F. jest już piątym włamywaczem, który niczego nie ukradł z siedziby J.W. Wells. Dyrektor pytany o to, dlaczego ludzie coraz częściej włamują się do jego firmy oraz dlaczego, według niego, niczego nie kradną, nie jest w stanie udzielić konkretnej odpowiedzi. Uśmiecha się jedynie kącikami ust i krótko ucina wszelkie pytania: “Czas pokaże, moi państwo”.
O dalszym toku tej sprawy z pewnością będziemy państwa informować na łamach Factu. Jak na razie, z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że Norman F. zostanie najprawdopodobniej skierowany na leczenie psychiatryczne. Kto wie, być może to uchroni go przed podzieleniem losu wcześniejszych włamywaczy, którzy jak pisaliśmy kilka dni temu, znikają w niewyjaśnionych okolicznościach z policyjnego aresztu.
Czy J.W. Wells & Co werbuje kreatywnych włamywaczy na swoich nowych pracowników? A może dyrektor firmy też jest goblinem, o którym mówił Norman F.? Czy niepozorna firma jest ambasadą kosmitów na naszej planecie? Specjalnie dla państwa, nasi reporterzy dokładnie zbadają całą sprawę. Czytajcie Fact, aby poznać dalsze losy młodego włamywacza!

MK.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 29 Listopad 2010 in Opowiadania

 

Nocne życie w mieście

Looryn sięgnęła po broń.
- Żaden frajer nie będzie się pałętał po tym mieście. Przynajmniej dopóki ja tu jestem – powiedziała, sprawdzając magazynek. Był pełen.
Korzystając z kilku prostych zaklęć uszykowała sobie drogę na dach kamienicy. Cegły z cichym zgrzytem wysuwały się ze ścian, tworząc schody. Niezbyt wygodne, ale pewne. Kiedy jej stopy znalazły już oparcie na płaskim dachu, poczuła w brzuchu dziwne łaskotanie.
Tak, tego jej właśnie brakowało. Tej adrenaliny. Zginiesz albo zabijesz. Prosty wybór i żadnych dyskusji. uśmiechnęła się więc do siebie i spojrzała w nocne niebo. Chmury pędziły nad miastem, gnane wiatrem, który rozwiewał też jej długie, jasne włosy.
Looryn splotła ręce na piersi. Gdzie bym była, gdybym chciała zniszczyć całe miasto?
- Gdziekolwiek – odpowiedziała sama sobie. – Mnie i tak nie robiło by różnicy, skąd zacznę.
Porzuciła więc ten tok myślenia. Zajrzała do torby przerzuconej przez ramię – żaden z biletów nie mgół jej teraz pomóc. Rozejrzała się więc dookoła. Na zupełnie płaskim dachu jedynym urozmaiceniem był komin, w tej chwili i tak zupełnie nieprzydatny.
Ale zaraz… Na gzymsie kamienicy obok dojrzała siedzącego marmurowego gryfa.
Miejska magia ma kilka niespodzianek, którymi można nieźle zaskoczyć niejednego człowieka. Bo kto by pomyślał, że korzystając z niej, będzie można przywoływać do życia tak ciekawe stwory? Looryn Lineari wiedziała o tym doskonale.
Każdy szedł kiedyś nocą wśród wydłużających się cieni, słyszał dziwne odgłosy i widział jeszcze dziwniejsze rzeczy, idąc krętymi uliczkami. Każdy wmawia sobie, że to tylko przywidzenia. Ale miasto żyje i nocą właśnie pozwala żyć swoim dzieciom.
Dziewczyna dostała się na dach sąsiedniej kamienicy i przechylając się poza jego krawędź, sprawdziła, czy jest w stanie sięgnąć do gryfa. Ponieważ jej się udało, wyciągnęła z torby szminkę. Normalnie użyłaby czarnego tuszu lub chociaż flamastra, ale cóż. Potrzeba matką wynalazków jak to mówią. Następnie namalowała na głowie gryfa kilka symboli. Po wszystkim położyła na niej rękę i wyszeptała cicho parę zdań.
Gryf mrugnął. Kamienny posąg poruszył się nieznacznie, po czym bez żadnego dźwięku, zupełnie jakby był czymś żywym, zrobionym z czegoś kompletnie różnego od kamienia, zeskoczył z gzymsu. W locie rozprostował skrzydła i machnął nimi kilka razy. Już po chwili z gracją machając lwim ogonem zatrzymał się obok Looryn.
- Jak ja kocham to nocne życie w mieście – rzuciła dziewczyna z uśmiechem, gdy wsiadała na gryfa – Zaraz cię znajdę frajerze. A gdy już to zrobię, przekonasz się na własnej skórze, czym jest miejska magia.
Gryf wziął rozbieg i wyskoczył w górę, na krawędzi dachu zostawiając ślady pazurów. Mimo wielkiej masy, zdawał się płynąć w powietrzu.
Noc dopiero się zaczynała.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 24 Czerwiec 2009 in Opowiadania

 

Marsz przeciwko

Wstał i jak stał, tak poszedł.
- Dokąd idziesz? – pytali go.
- Bo ja zły człowiek jestem i muszę odejść. – odpowiadał im wtedy.
Nie tłumaczył się za swych słów, a twarz jego zdobiły na przemian wątpliwości, troski, gniew, żal i złość.
Szedł przed siebie, byle jak najdalej od miejsca, w którym był przed chwilą.
Szedł, bo to było jedyne, co mógł zrobić. Serce nie sługa, Dusza również. Nie należały do niego i żadnego wpływu na nie nie mógł mieć, wiedział o tym dobrze.
Dlatego właśnie wyruszył w podróż bez końca. Podróż do końca świata lub końca jego dni.
Żeby zająć czymś myśli.
Żeby dać odpocząć innym od siebie.
Żeby więcej nie pozwolić Życiu z siebie kpić.
Bo kiedy zatrzymał się, przywiązywał się do ludzi. Kiedy zaś to zrobił, Życie robiło wszystko, by krzyżować jego plany.
Dlatego postanowił nic nie planować.
Wyjść i iść.
Teraz chodziło tylko o to. Żeby nikogo nie skrzywdzić sobą.
Każdy krok trudniejszy od poprzedniego. Zmęczenie sięgające od stóp po głowę, a przez nią duszę i całe jestestwo. Wszechogarniający ból istnienia niepozwalajacy funkcjonować. Miał tego dość, ale szedł dalej.
A kiedy przestał iść, stwierdził, że nigdzie nie doszedł i wcale nie ruszył się z miejsca.
Załamał się i zginął. Bo Życie znów go pokonało, bo nie poradził sobie sam z sobą. Zginął z rozpaczy, bo serce nie wytrzymało bólu istnienia.
I wtedy uwolnił wszystkich tych, których krzywdził i dotarł do końca swojej podróży. Mimo że nie ruszył z miejsca, osiągnął cel. Nikogo już nie skrzywdzi i będzie wolny. Pokonał Życie i tym razem to on z niego zadrwił.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 1 Maj 2009 in Opowiadania

 

Wspomnienie przedmagiczne

- I co o tym myślisz? – zagadnął Daniel. Razem ze swoim przyjacielem stał właśnie przed wielkim, miejskim rynkiem.
- Co?! – jego towarzysz próbował przekrzyczeć gwar.
Nawet tutaj, w mieście zwanym Grysza, anioły są niemałą atrakcją wśród mieszkańców. Chociaż “atrakcja” to może złe słowo, bo przywodzi na myśl coś dobrego. W takim miejscu anioł pokroju Bertera wzbudza jedynie zawiść i gniew, a w najlepszym wypadku niechęć.
Może właśnie dlatego dwójka towarzyszy od samego początku obdarowywana była nieprzychylnymi spojrzeniami.
Grysza jest jednym z głównych miast na szlaku handlowym zachodniego wybrzeża. Jest też jednym z najbardziej niebezpiecznych, zwłaszcza dla nierozważnych handlarzy.
Daniel przeczesał palcami brodę, zapuszczoną na swojej dwudziestopięcioletniej twarzy. Zdecydował się na zarost, bo mimo swojego wieku, wciąż wyglądał jak nastolatek. Broda skutecznie go postarzała.
- Nie słyszę własnych myśli! – krzyknął do Bertera, gdy przeciskali się między rybakami i facetem sprzedającym buteleczki o podejrzanej zawartości.
Anioł spojrzał na Daniela, wzruszył ramionami i pokazał, że nic nie słyszy. chwilę potem błysnęły mu oczy, a gdy pstryknął palcami, strzeliły z nich czerwone iskry.
Danielowi mało brakło do utraty równowagi. Dźwięki kompletnie ucichły, a on sam miał wrażenie, że ktoś wyciszył telewizor z włączonym filmem. Filmem, w którym właśnie grał.
- Tak znacznie lepiej – oznajmił z uśmiechem Berter – Nie uważasz?
- Uratowałeś moje uszy, stary. Masz u mnie piwo przy najbliższej okazji. – chłopak rozejrzał się wkoło i spytał – Oni nas nie słyszą tak jak my ich, czy jak to działa?
Anioł oderwał wzrok od stoiska z pamiątkami.
- Nie mogę – powiedział w końcu.
Daniel przekręcił głowę na bok i z kpiącym wzrokiem spytał:
- Nie możesz mi powiedzieć? A to dopiero.
- Nie mogę pić – odparł twardo Berter.
Chłopak westchnął lekceważąco.
W takim tłumie ciężko było nawet oddychać, nie mówiąc już o przejściu określanym jako “szybsze”. A w całym tym zamieszaniu musieli znaleźć jednego człowieka, od którego zależało istnienie całego miasta.
- Czujesz go? – spytał Daniel. Berter zamknął oczy.
Anioły mają naturalny dar do wyczuwania osób działających na wszelkich częstotliwościach.
Kiedy ktoś podróżuje między częstotliwościami, dla anioła wyróżnia się na tle otoczenia jak wielka mucha na białej ścianie. Od razu rzuca się w oczy.
Tutaj jednak sprawa się komplikowała.
- Niestety. Tutaj handlują nawet między częstotliwościami. Skubaniec dobrze się ukrył. Wszystko się miesza, ja go nie znajdę.
Szukając go w normalny sposób, zajmie nam to parę dni, pomyślał Daniel. A tyle czasu nie mamy.
Zaczął rozglądać się za czymś, na czym mógłby stanąć żeby rozejrzeć się wkoło. Berter chyba rozczytał jego myśli, bo od razu “pożyczył” od najbliższego handlarza kilka skrzynek z owocami i ustawił je jedna na drugiej.
- Ten pan chyba trochę na ciebie przeklina, wiesz? – zauważył chłopak. W duchu dziękował aniołowi za Magię, którą zapewnił ciszę wokół nich.
- Jak będzie grzeczny, to nawet nie zrobię mu krzywdy – odparł Berter, po czym posłał handlarzowi spojrzenie, pod którym ugięły się kupieckie kolana.
Daniel uśmiechnął się bez przekonania i wdrapał się na niepewną konstrukcję. Kiedy ogarnął już wzrokiem otoczenie, spojrzał oczami wszystkich obecnych na rynku. Tysiące obrazów przewinęło się w jego umyśle jak błyskawiczny pokaz slajdów.
Potem stracił równowagę i runął w dół. Berter złapał go w locie i bezpiecznie postawił na ziemi. Chłopak podziękował kiwnięciem głowy i pochylił się, żeby zwrócić naturze to co jej. Konkretnie – poranne śniadanie.
- Tam jest – wskazał kierunek – Ale lepiej się pospieszmy, bo chyba na dziś już kończy.
Daniel nie był aniołem, ale miał dar, którego wielu skrzydlatych mogło mu zazdrościć. Mógł spojrzeć oczami każdej istoty w zasięgu wzroku. Dawało to ciekawe możliwości, ale niosło też za sobą pewne nieprzyjemności. Jak choćby te natury żołądkowej.
W każdym razie, wiedzieli już, dokąd iść.
- Jak on się nazywał? – spytał Daniel, gdy przeciskali się przez tłum – Nocny?
Odpowiedział mu serdeczny śmiech przyjaciela.
- Tak to nie, ale równie ciekawie. Mocny, Józef Mocny. Lat sześćdziesiąt osiem, gdybyś pytał.
- Zupełnie nie rozumiem, dlaczego się śmiejesz.
- Nieważne – odparł anioł z uśmiechem – Ważne, że musimy go znaleźć.
Daniel przytaknął, ale i tak wolałby się dowiedzieć. Nie lubił, kiedy ktoś nie chciał powiedzieć, z czego się śmieje.
Zarówno chłopak, jak i Berter, należeli do pewnego rodzaju służb specjalnych, które zajmowały się ściganiem Podróżników. Właściwie nawet nie Podróżników, bo ci byli nieszkodliwi. Problem stanowili ludzie, którzy podróżowali między częstotliwościami bez Równoważnika, czyli wersji samego siebie z innego wymiaru, która pojawiała się w zamian za Podróżnika.
Takie wycieczki były groźne zarówno dla turysty, jak i miejsca, które odwiedzał – w zależności od kierunku podróży, rzeczywistość po pewnym czasie eksplodowała lub zapadała się do środka.
Aby do tego nie doszło, ktoś taki jak Daniel czy Berter musiał odesłać często nieświadomego turystę do jego świata.
Znaleźli Mocnego dwadzieścia minut później.
Sprzedawał urządzenia przetwarzające polne kamienie w szmaragdy i szafiry. Oczywiście musiał wiedzieć, że po pewnym czasie się rozpadną, jeśli nie wrócą do świata i częstotliwości Mocnego.
Ufarbowany na czarno staruszek jednak cudownie zapominał powiadamiać o tym swoich klientów.
- Józef Mocny? – spytał stanowczo anioł
- Zależy, kto pyta – odparł równie chłodno mężczyzna
- Jeśli myślisz teraz o ucieczce – dodał od siebie Daniel – to możesz sobie darować. Właśnie założyłem blokady na całą Magię w Twoim ciele. Wpadłeś stary.
Mocny jakby opadł z sił. Kilkakrotnie karany za przemyt towarów między częstotliwościami, chyba nauczył się, że opór nie ma sensu. Tylko przedłuża sprawę.
- Jesteś aniołem, prawda? – spytał Bertera, patrząc na niego wzrokiem zdolnym miażdżyć skały.
- Po czym wnosisz? – jego głos był niczym ocean spokoju.
- Od razu zacząłeś działać mi na nerwy. Przeklęci skrzydlaci!
Berter jednym ruchem ręki zakneblował więźnia.
- “Przeklęty” to akurat jedno z ostatnich słów, które przychodzi mi na myśl, kiedy myślę o aniołach – powiedział Daniel. Miało to brzmieć jak żart, ale wyszło kiepsko.
- Nie podlizuj się – skwitował anioł, ale Danielowi wydało się, że widział, jak się uśmiecha – Dobra, odsyłamy go, bo czuję, że granice częstotliwości zaczynają się przegrzewać.
Obaj wykonali potrzebne pieczęci i położyli ręce na ramionach Mocnego. Zniknął z dźwiękiem przeskakującej iskry elektrycznej.
- No to po robocie – Daniel rozejrzał się, ale nie widząc nic ciekawego, wrócił do oglądania przyjaciela, który rozprostowywał skrzydła. Tłum jakby nie zauważył zniknięcia jednego kramu i jego właściciela – Ja mam już dzisiaj wolne. Na pewno nie chcesz tego piwa?
Berter pokręcił głową.
- Na pewno. Słuchaj…
- Co?
- Co jest ostatnią rzeczą, jaka przychodzi ci na myśl, gdy myślisz o aniołach?
Daniel zastanowił się chwilę.
- Komornik. Czemu pytasz?
- Nie, tak tylko. Zastanawiało mnie to – odparł anioł, po czym dodał – Chodź, coś ci pokażę.
Zanim chłopak zdążył zaprotestować, anioł chwycił go za ramię i zniknęli razem z rynku w Gryszy. Wylądowali na trawiastym wzniesieniu górującym nad zieloną doliną.
- Lubię tu odpoczywać – powiedział Berter – Ładnie, co?
W porównaniu do wielkomiejskiego targu, dolina wyglądała jak raj.
- Z reguły mam jeszcze jakiś leżak i drinka, ale tym razem trzeba się obejść.
- Zaraz zaraz – ocknął się chłopak – powiedziałeś “drinka”? Myślałem że nie wolno ci pić!
Jego przyjaciel znów się roześmiał.
- Piwa. Nie wolno mi, bo mam problemy z nerkami, nie dają rady.
Daniel wyłożył się na trawie i zamknął oczy. Po chwili też się roześmiał.
- Wiesz – powiedział do Bertera, ale jakby w przestrzeń  – W moim świecie dopiero jakieś dwa lata temu zaobserwowano Magię. Pojawiły się te wszystkie cuda, częstotliwości, anioły, bez urazy oczywiście. Wszystko się zmieniło. A ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy trzeba było pracować parę ładnych lat, żeby móc kupić sobie nowy samochód!
Anioł przysiadł się do niego i nad czymś się zamyślił.
- Moje najmilsze wspomnienie – kontynuował chłopak – to poranek na wsi. Któregoś razu, jak byłem mały, nocowałem u babci. Miała dom niedaleko lasu, więc poszedłem rano na spacer. Było lato, słońce, rosa na trawie i te sprawy. A wszędzie ten genialny zapach… To było coś. I wiesz – wskazał brodą dolinę – tutaj jakoś mi się to tak przypomniało. Dzięki, stary.
- Ale cię tchnęło.
- No co! – Daniel nie krył rozgoryczenia brakiem zrozumienia – Tu się nie ma z czego śmiać!
- Nie, nic, sorry, stary, spokojnie – zaśmiał się przyjaciel – Ale może na dziś starczy już takich wyznań?
- Bo co? – tym tonem głosu można było rzeźbić w lodzie
- Bo tak mimo wszystko zachciało mi się tego piwa, które mi wisisz.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 21 Kwiecień 2009 in Opowiadania

 

Kapelusznik

Wszystko przez to, że światy są dziurawe. To znaczy nie do końca dziurawe, bo to nie światy, tylko ściany między nimi mają braki w ciągłości.
To tak jak z chlebem. Kupuje się krojony, żeby mieć z głowy żmudną czynność masakrującą cały bochenek. Nagle, wszechświat wykorzystuje wszelkie znane sposoby, by zrobić nam na złość. W chlebie, dzięki uprzejmym drożdżom, powstaje jedna wielka dziura, która przy krojeniu chleba przeradza się w międzykromkowy tunel.
Między światami też są takie tunele.
I wbrew pozorom jest wiele istot, które tylko czekają na to, by z nich skorzystać. Są też takie, które korzystają z nich nieświadomie. Przynajmniej oficjalnie.
Iras nigdy nie miał szczęścia. A jeśli miał, to tylko do pakowania się w kłopoty. Nawet tym razem, gdy spokojnie wracał do domu z zakładu pracy, coś musiało się wydarzyć. Czuł to pod skórą, co, jeśli wierzyć pamiętnikowi Irasa, nie było wcale miłe i przypominało swędzenie na plecach. Nijak się podrapać, a swędzi coraz bardziej.
Mijał właśnie szpital, wsłuchując się w chrzęszczenie śniegu pod butami. Przy minus dwudziestu śnieg potrafił tylko dwie rzeczy: chrzęszczeć pod butami i udawać, że jest jeszcze zimniejszy. Tego drugiego Iras nie chciał nawet sprawdzać. Było mu tak zimno, że jak najszybciej chciał się znaleźć w domu i wypić chociaż kubek ciepłego kakao.
Mistrzowie Pogody w tym roku zafundowali ludziom naprawdę niezłą zimę. Pół metra śniegu i dziesięć stopni mrozu w najcieplejszym miejscu w kraju. Jedynie dzieci cieszył ten fakt, bo przecież to właśnie jest prawdziwa zima. Ale kiedy tak jak Iras ma się trzydziestkę na karku, zima sprawia radość dopiero wtedy, kiedy jest dziesięć stopni na plusie i sucho na chodnikach. Na całe jego szczęście, i takie się zdarzają.
Mężczyzna wyprzedził starszą panią odzianą w cienką kurtkę i chustę na głowie.
- Taa… – mruknął pod nosem i zatrząsł się na samą myśl o tym, jak ta babulinka może znieść taki mróz. Doszedł do wniosku, że pewnie ma jakiś termofor pod spodem. Wolał sobie jednak nie wyobrażać, gdzie go trzyma.
Skręcił w prawo i za rogiem stanął jak wryty.
Na początku nie mógł ani uwierzyć, ani opisać tego, co zobaczył. Gdyby jednak ktoś spytał go o to później, powiedziałby, że przed nim wisiało coś jakby szyba, szeroka jak chodnik i od ziemi wysoka w górę na kilka metrów. Cały czas drgała, przez co obraz za nią wyglądał jak podczas trzęsienia ziemi. Obok natomiast stał facet w jasnym płaszczu i brązowym kapeluszu. Mężczyzna owinął się płaszczem bardzo szczelnie, trzymając go bardzo mocno i nerwowo rozglądając się po bokach.
- Wiele rzeczy już widziałem – powiedział na głos do mężczyzny – ale nawet jak na nasz kraj, to facet wyglądasz dziwnie.
Dziwnie zabrzmiało to zdanie, pomyślał po chwili. Postanowił jednak pójść za ciosem i przynajmniej spytać się o co chodzi z tą szybą. Miał dość magii w pracy, wolał spokojnie wrócić do domu i odpocząć. Ale przecież konkurencja nie śpi, a kto wie, może gdyby udało się jakoś to przemycić do jego firmy, może nawet dostałby podwyżkę… albo awans…
- Komunaconiewiempocodoczegokiedyidlaczego – wyrecytował nagle półgłosem mężczyzna w płaszczu, czym przerwał rozmyślania Irasa – Zegareczkikomóreczkitreleduperelerzeczypotrzebneipotrzebnemniejalbowcalemagiawiększamniejszaartefaktyamuletypistoletyżółwiedowyborudokoloru…
Iras stał przez chwilę z opuszczoną szczęką. Rzekomy ekshibicjonista amator recytował swoje kwestie zupełnie tak, jakby zapomniał o istnieniu przerw między wyrazami. Albo nawet o czymś takim jak oddech.
- Może potem, dzięki. Nie wie pan może, co to za szyba?
Wskazał palcem na drgające powietrze, uważnie obserwując kapelusznika. Ten jakby nigdy nic, przeszedł przez domniemaną szybę, rozmywając się lekko. Po chwili wynurzył zza drgań głowę i podejrzliwie spojrzał na Irasa.
- Nicniewiemożadnejszybieprzyjacielualejeślitakietwepragnienietoiszybęmogęzałatwić… – tutaj zrobił pierwszy zanotowany przez Irasa oddech między słowami – Komunaconiewiempocodoczegokiedyidlaczego…
- Nie nie nie – przerwał mu, zanim tamten na dobre się rozpędził. Tacy ludzie potrafią działać na nerwy – Nic nie potrzebuję.
- Klientnaszpan… Komunaconiewiempoco…
- Przestań pan!
Iras Nie chciał dłużej czekać. Zdenerwował się, nie wiedzieć po co w ogóle zainteresował się tym czymś. Spieszyło mu się do domu, a jak dziecko stał z oczami wlepionymi w nową zabawkę rządu, pewnie jakiś skaner magiczny, który akurat ustawili na jego drodze.
Ostrożnym krokiem, z determinacją godną wyścigowego żółwia, wszedł w drgania. Przez jakieś półmetrowy odcinek miał wrażenie, że dostał skurczu mięśni w oczach i drgają mu we wszystkie strony równocześnie. po chwili jednak i to ustało.
Obrócił się i tak jak sądził, za dziwną ścianą nadal stał ten sam człowiek w tym samym płaszczu i kapeluszu. Kiedy tamten spojrzał w jego stronę i pomachał z dziwnym uśmiechem, Iras obrócił się na pięcie i ruszył w stronę domu.
Właśnie w domu zaczęły się prawdziwe kłopoty. Kiedy wyciągnął metalową płytkę z kieszeni, był pewien, ze za chwilę zamek w drzwiach dopasuje do niej swój kształt i Iras na reszcie bedzie bezpieczny w swojej oazie spokoju. Zamek jednak nie zamierzał nawet drgnąć.
- Na pięciu królów Salomonów, co jest… – Mężczyzna siłował się z płytką, próbując nawet na siłę wepchnąć ją do zamka – No kur…
Nie zdążył przeklnąć nawet, bo z gardła, mimowolnie wydobył się krzyk, gdy usłyszał znad swojego ramienia, zaraz obok ucha:
- Komunaconiewiempocodoczegokiedyidlaczego… Kluczykisamochodzikizamkidworkirozporkidowyborudokoloru…
- Czego pan tu chce, co?
Iras schował płytkę z powrotem do kieszeni i z drugiej wyciągnął telefon. Jednak nikt ze znajomych nie odbierał. Nie miał więc wyjścia, będzie musiał odwiedzić matkę. Ona ma drugie klucze.
- No pytam, czego pan chce, do cholery!
Kapelusznik uśmiechnął się głupio i uciekł. Iras stał przez chwilę pod własnymi drzwiami i nie bardzo wiedział co o tym myśleć. Jeśli pojawi się jeszcze raz, to albo strzeli mu bombę w twarz, albo w najlepszym dla ekshibicjonisty wypadku, zadzwoni po policję.
Problem klucza rozwiązał inny problem – zakupów. Po drodze do domu swojej matki postanowił wstąpić do spożywczego. trzeba było przecież zrobić zapas na jutro, przed pracą zawsze pochłania ogromne ilości jedzenia. Praca nad magią wyższych częstotliwości zawsze działała pobudzająco na jego układ trawienny. Lekarz powiedział, że to taka przypadłość i żadne leki na ten głód nie pomogą. Iras posłuchał i znalazł swój własny lek. Po prostu więcej je.
Kiedy stanął przed drgającą ścianą powietrza, zdziwił się.To było jednak nic, w porównaniu do szoku, jakiego doznał gdy zobaczył ponad pięćdziesiąt ludzi ustawionych wężykiem przed wejściem do spożywczaka.
- No to już jest coś nie tak. Co to ma być, referendum jakieś? Głosowanie? Telewizory rozdają?
Iras wbrew zdrowemu rozsądkowi, który kazał mu iść po prostu i zobaczyć, co się dzieje, ustawił się w kolejce. Zniecierpliwiony jednak spytał mężczyznę stojącego przed nim, po co ci ludzie stoją w tej kolejce.
- Panie, szczęście mamy! Pomarańcze przywieźli dopiero co, podobno rzucili też banany!
Oczy Irasa nie mogły się bardziej rozszerzyć, na dziś jego organizm wykorzystał już limit szoku i zdziwienia. Dlatego kiedy poczuł, że ktoś kładzie mu rękę na ramieniu, odruchowo odwrócił się by zobaczyć co się dzieje.
- Komuna…
Kapelusznik nie dokończył, ciężka pięść Irasa, robotnika magii wyższych częstotliwości, zmiażdżyła szczękę natrętnemu delikwentowi.
W ten sposób zamknięte zostały usta jednej z niewielu osób, które mogły powiedzieć coś na temat drgającej ściany. A mogły powiedzieć to bardzo szybko, wystarczyło posłuchać. Teraz magia wycieka, z miejsc o jej wyższym stężeniu, do światów, w których jest jej mniej.
To tak jak z chlebem. przez te dziury w kromkach zawsze przeciśnie się trochę masła przy smarowaniu.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 17 Kwiecień 2009 in Opowiadania

 

Uczeń i Mistrz

Pewnego dnia przyszedł uczeń do swego mistrza pogrążonego w medytacji. Mistrz, nie przerywając swojego zajęcia, przyjął go serdecznie.
- Co się stało? – zapytał bez ogródek.
Uczeń początkowo nie chciał wyjawić prawdziwego celu swej wizyty i pytał o zupełnie nieważne rzeczy.
- Posłuchaj – odparł w końcu mistrz. – Widzę, że coś cię trapi. Ty to wiesz i ja to wiem, że coś się stało. Dopóki jednak nie wyjawisz mi natury tego problemu, nie będę w stanie w pełni ci pomóc. Nie można wyleczyć drzewa, dbając tylko jego liście, kiedy choroba tkwi w korzeniach.
Uczeń skinął głową. Słowa mistrza były jasne i oczywiste, a przede wszystkim szczere. Dlatego z łatwością przełamały sztuczny opór adepta sztuki oświecenia.
- Mistrzu, dlaczego ludziom trzeba ciągle coś udowadniać? Dlaczego nie wystarczy im powiedzieć, że świat jest piękny a życie jest warte wszystkich skarbów?
Mistrz wstał i nadal nie zaprzestając medytacji poprowadził swego ucznia na pobliską polanę.
- Życie faktycznie warte jest każdego skarbu, masz słuszność. Nie trzeba mieć materialnych bogactw, żeby cieszyć się życiem, nagrodą za wybór życia jest sama możliwość życia w tym cudownym świecie. Pytasz, dlaczego trzeba ludziom to udowadniać. Nie trzeba! Sami się o tym przekonają w swoim czasie. Tak jak młoda dziewczyna, której chłopak wyznał miłość. Ona chce dowodu miłości, on nie umie jej go dać. Ale kocha! A ona przekona się o tym z czasem.
Uczeń skinął głową po raz kolejny i podziękował za mądrość. Pożegnał się i odchodził już, gdy mistrz dodał:
- Trawa jest zielona – powiedział. – Nie musisz nikomu tego udowadniać, bo ona będzie zielona, czy tego chcą, czy nie.
Uczeń odszedł szczęśliwy, bo w jego duszy zawitała najprostsza prawda. Od tamtej pory problemy nie były już dla niego tak wielkie. Ponieważ rzeczy są takimi, jakimi zostały stworzone. Człowiek może tylko patrzeć na nie inaczej, ale nie zmieni ich natury.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 3 Kwiecień 2009 in Opowiadania

 

Znamię Sępów

Zegar w pokoju Gabriela wybił trzecią w nocy. Kołdra cicho zsunęła się z łóżka, na którym leżał.
- Idę po was – szepnął cicho chłopak i zaczął się ubierać.
Po kilku minutach był gotowy. Wypłowiała czerń jego stroju świadczyła o tym, że nie po raz pierwszy będzie w nim występować. Za pas wsunął nóż, twarz schował pod głębokim kapturem płaszcza. Zasznurował glany.
Gabriel Wysocki, Tropiciel Sępów, Bezskrzydły Anioł. Jak zwał, tak zwał. Jak na dwudziestolatka, takie tytuły to i tak sporo. A trzeba mu przyznać, że w zupełności na nie zasłużył.
Podszedł do okna i cicho je otworzył. Na dobrą sprawę nigdy nie zastanawiał się, jak wytłumaczyłby rodzicom nocne ucieczki z domu. I to w dodatku przez okno mieszkania, które znajdowało się na trzecim piętrze osiedlowego bloku. Na szczęście nie miał w planach dać się złapać. Wziął rozpęd i wyskoczył w oświetloną tylko blaskiem księżyca ciemność.
Sam lot był najgorszym momentem większości akcji. Przez kilka sekund Tropiciel Sępów musiał przebić się przez dziesiątki częstotliwości i wymiarów, by dotrzeć do właściwego, nim uderzy w ziemię. Uznał jednak, ze ryzyko warte jest podjęcia – im większa prędkość, tym łatwiej jest podróżować. A im łatwiej, tym mniej sił się zużywa, a więcej ich zostaje na walkę z Sępami.
Tym razem też się udało. Ciało potrzebowało chwili, by dostosować się do nowych warunków, więc przez moment Gabriel czuł przeszywający ból i zimno jednocześnie z gorącem, które parzyło skórę. Po paru sekundach, gdy objawy ustały, chłopak odetchnął z ulgą.
Wszystko dookoła wyglądało tak, jak przed zmianą wibracji. Wysockiemu było to bardzo na rękę, ponieważ w takich sytuacjach wiedział, gdzie się znajduje i w razie kłopotów wiedział, dokąd uciekać. Dlatego dbał, by podróżować głównie między wymiarami, częstotliwości zmieniając jak najrzadziej.
Różnica między częstotliwościami a wymiarami jest wbrew pozorom bardzo ważna, jeśli chodzi o podróże. To podstawa, którą Bezskrzydły Anioł szybko przyswoił sobie podczas pierwszych akcji. Wszechświat materialny ma nieskończoną ilość lustrzanych odbić. To wie prawie każdy. Jednak żeby między nimi podróżować, trzeba wiedzieć, że świat materialny jest podłączony i trwale związany ze światem niematerialnym, którego konstrukcja jest oparta na innych założeniach.
Według nich, pośrodku wszechświata energetycznego znajduje się Jądro Wszechmagiczne, które pełni rolę podobną do Słońca w układach planetarnych. Dookoła Jądra, w formie pierścieni, coraz większych i większych, znajdują się światy niematerialne, do których podłączone są właśnie lustrzane odbicia wszechświata materialnego. Magia z Jądra Wszechmagicznego przepływa przez każdy z tych pierścieni, dając każdemu z nich inne przywileje. Oczywistym jest, że te pierścienie, które są najbliżej, będą najbardziej nasycone Magią, a te które najdalej – najmniej.
Kolejną ważną rzeczą jest to, że na każdym pierścieniu istnieje nieskończona ilość światów, o identycznym stopniu nasycenia Magią dla całego pierścienia. Podróże między światami tego samego pierścienia to podróże międzywymiarowe, natomiast podróże w kierunku do Jądra Wszechmagicznego lub na zewnątrz – to podróże oparte o zmianę częstotliwości. Podróżnicy opanowali już wszystkie te typy wędrówek, jednak tak naprawdę nie wiadomo, czy są to jedyne kierunki.
Gabriel poprawił płaszcz i ruszył w stronę najbliższego kościoła. Sępy lubią kościoły, ponieważ w ich pobliżu często można spotkać Anioły. Nie miał wiele czasu, służby patrolujące nielicencjonowane podróże międzywymiarowe niedługo się nim zainteresują.
- Tak ci jest zimno, że chowasz gębę w kapturze? – spytał facet, który nagle zagrodził drogę Tropicielowi. O dziwo, miasto nie wyglądało na takie, które w nocy śpi. – Pytam się!
Gabriel stał niewzruszony, ale dłonie, ukryte w długich rękawach, dzielnie kreśliły znaki.
- Głuchy jesteś debilu? – kontynuował mężczyzna. Czuć było w jego oddechu alkohol, ale postura dwumetrowego osiłka nie pozwalała go ignorować.
- Uważam, że powinieneś już iść spać – odparł chłopak spod kaptura.
- Ja ci zaraz poślę spać, kur… – zamachnął się na Bezskrzydłego Anioła. I to był jego błąd.
Tropiciel wysunął dłonie z rękawów. Lśniły czerwonym blaskiem. Z łatwością odparowały atak mężczyzny, a kiedy ten chciał wyprowadzić drugi cios, Gabriel zwinnie przeniósł ciężar ciała, obrócił się i podniósł napastnika nad głowę. Lśnienie z jego dłoni popłynęło po ciele mężczyzny, a chwilę potem chłopak rzucił go bezwładnego w pobliskie krzaki.
- Ostrzegałem – powiedział, po czym ponownie ruszył w stronę kościoła. Po jego kilku krokach martwe już ciało eksplodowało z dźwiękiem pękającego balonu – Co?
Problem z Sępami polega na tym, że żywią się Aniołami. Tyle wiedział do tej pory Gabriel. Kiedy jednak ze zmasakrowanego ciała zaczął formować się Sęp, chłopak stracił nieco orientację.
Skrwawione szczątki nieszczęśnika posłużyły nowemu tworowi za szkielet. Sęp usunął wszystkie mięśnie z ciała, zostawił tylko kości i skórę. Przez moment wyglądał jak pusty worek, ale szybko wypełnił się czymś, czego istoty Tropiciel wolał się nawet nie domyślać. To, co poprzednio było twarzą mężczyzny, zapadło się do środka, odsłaniając nagą czaszkę, która wyciągnęła się do przodu, przypominając teraz czaszkę sępa, ale hojnie obdarowanego przez naturę kilkucentymetrowymi kłami. Z całości nadal spływała ludzka krew. Bezskrzydły Anioł z trudem powstrzymał się od wymiotów.
- Nie spodziewałem się, że sępicie też na ludziach – powiedział po chwili, gdy nowy Sęp oglądał swoje ciało.
W naszym świecie panuje przeświadczenie, że istoty świata niematerialnego dzielą się na dobre i na złe, czyli po jednej stronie mamy Anioły, po drugiej Demony, a gdzieś po środku stoi człowiek. Tymczasem między Aniołami a Demonami są całe setki istot mniej lub bardziej dobrych i złych. Gdzieś właśnie tam są też Sępy. To pasożyty, które żywią się z reguły Aniołami, potrafią jednak, przymuszone głodem, rzucać się na inne istoty lub na siebie nawzajem. Kiedy chcą opanować nowy organizm, umieszczają w nim małą larwę, która w letargu czeka na śmierć nosiciela. W momencie śmierci, larwa szybko dorasta i ze szczątków nosiciela buduje swoje ciało.
Istniały kiedyś pewne teorie, które zakładały że Sępy są nieśmiertelne, ponieważ “młode” otrzymują pamięć swojego rodzica, a każdy Sęp może mieć tylko jednego potomka. Teoria upadła, ale umiejętność przekazywania pamięci dała Sępom ciekawe możliwości.
- Wielu rzeczhy o nhas nie whiesz… – odparł niezdarnie Sęp i rzucił się do ataku.
- W takim razie z chęcią się czegoś nauczę – odparł Gabriel i wyciągnął nóż, który w pobliżu Sępa zaczął emitować ciemnozielone światło.
Napastnik skoczył i odbił się od Tropiciela, gdy ten potraktował go solidnym kopniakiem. Glany mają moc niedocenianą w większości światów.
- Najpierw możesz mi powiedzieć, jak się nazywasz – powiedział chłopak, poprawiając w ręku nóż.
- Ralh-Az-Raber – wycedził przez zęby Sęp, już wyraźniej niż na początku – z rodziny Zan-Ref-Arba!
Krzyk, który wydobył się z czaszki Ralh-Az-Rabera, mało nie rozerwał bębenków w uszach Gabriela. Ten jednak tylko przymknął oczy i dopowiedział:
- Który, jak się nie mylę, zginął jakiś czas temu, od tego noża – Bezskrzydły Anioł skoczył, a pęd zrzucił mu kaptur. Oczy delikatnie lśniły czerwienią, a skórę twarzy pokrywały granatowe żyły.
Cios nożem chybił o milimetry, ale Sęp dał się zaskoczyć. Półobrót i kolejne kopnięcie powaliły go na ziemię.
- Kim ty jesteś? – spytał Ralh-Az-Raber
- Gabriel Wysocki, we własnej osobie – chłopak pozwolił sobie nawet na drobny uśmiech, który szybko zniknął z twarzy.
Sęp wyskoczył w górę i wylądował kilka metrów dalej.
- Znam Cię. Tropiciel Sępów. Imię po Archaniele… no proszę. Będzie ciekawie.
- Nie, nie będzie – odparł szybko chłopak i rzucił nożem, od razu ruszając też w stronę napastnika.
Ralh-Az-Raber zwinnie uchylił się od noża, sparował uderzenie Tropiciela i pazurami rozszarpał mu prawe ramię.
- Ależ będzie, gwarantuję ci to. Ojciec zostawił mi pamiątkę dla ciebie, na wypadek gdybyśmy się spotkali…
- Milcz! – krzyknął Gabriel. Dłonie kreśliły nowe znaki tak szybko, że nie można było ich rozróżnić gołym okiem.
W dłoniach zapłonęły krwistoczerwone ognie. Kolejne ciosy spadały na Sępa, który nieudolnie próbował się bronić. Ostatni posłał go na środek ulicy.
- A teraz pożałujesz, że w ogóle zawitałeś na tym świecie! – Tropiciel Sępów rzucił się na przeciwnika i gdy już miał roztrzaskać mu czaszkę na setki kawałków, Ralh-Az-Raber otworzył paszczę.
Zapanowała ciemność tak nieprzenikniona, że nawet płonące ognie w dłoniach Gabriela nie były w stanie niczego oświetlić.
- Co to jest, do jasnej cholery?
- Witam, Tropicielu! – odpowiedział mu głos wydobywający się znikąd i jakby z każdej strony jednocześnie. – Jako pierwszy śmiertelny masz okazję podziwiania Sępa od środka!
Gabriel nie odpowiedział. Spodziewał się tego.
- Z radością muszę oświadczyć, że będziesz wspaniałym nosicielem! – dodał Sęp.
- Co to, to nie! – Bezskrzydły Anioł zaczął kreślić kolejne znaki, które z jego dłoni przepływały na skórę. Nagle jednak ból w rozerwanym ramieniu powstrzymał jego działania.
- Dokąd ci się tak spieszy? Poczekaj jeszcze na Nelifera…
Śmiech Ralh-Az-Rabera zmotywował chłopaka. Nie mógł pozwolić sobie na  Sępa we własnym ciele. Musiał szybko się wydostać na zewnątrz!
Przy pomocy jednej ręki dokończył pieczęci, które, choć słabsze, powinny zadziałać.
Ogromnym wybuchem energii udało mu się wydostać na zewnątrz. Z tej strony Sęp wyglądał jak wielki worek, który teraz ledwo oddychał.
- To mnie jest przykro, że nie będziesz miał potomka – powiedział Gabriel – Ale ja raczej nie nadaję się na niańkę.
Sęp kolejny raz uraczył Tropiciela salwą śmiechu.
- Jeszcze się zdziwisz, Tropicielu Sępów!
Bezskrzydły Anioł chwycił nóż i wbił go w czaszkę konającego Sępa. Z powrotem stała się tylko czaszką człowieka, a wszystkie jego wnętrzności rozpadły się w miejscu, gdzie przed chwilą leżał.
Tym razem chłopak się nie krępował i zwymiotował w krzakach.
- Nikt nie będzie mnie straszył Sępami – powiedział po chwili.
Nie wiedział nawet, że się mylił. Rana na jego ramieniu szybko się zagoiła, więc zupełnie o niej zapomniał, co też było błędem.
Szybko wrócił do swojego wymiaru i postanowił wziąć gorący prysznic. Jeśli temu Sępowi się udało, pomyślał, to mam kłopoty. I to tak poważne, że będę musiał prosić skrzydlatych o pomoc. Niedobrze.
Odkręcił kurek, gorąca woda popłynęła.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 13 Marzec 2009 in Opowiadania

 

Rozmyślania o północy i trochę później

Siedzę w szlafroku, zbliża się dwudziesta minuta po północy. Zamiast odsypiać ciężki tydzień, dzielnie wpatruję się w zegar, który odmierza leniwie kolejne sekundy, sekundy ciągną za sobą minuty, a te znowu godziny.
Na niewiele zdadzą mi się teraz wszystkie matematyczne wzory, fizyczne twierdzenia i daty koronacji trzysta osiemdziesiątego dziewiątego króla nieistniejącego już państwa.
Polityka ma ogólny zakaz wstępu do mojej głowy, w obecnej chwili prócz słownego ostrzeżenia postawiłem specjalnie dla Kaczek, Koni i Buraków specjalne straże, które mają mnie przed nimi chronić.
Nie liczy się nic prócz szumu liści poruszających się na wietrze za oknem i dziwnych postaci przebranych w ciemność, czy może raczej Ciemności przebranej za różne postaci. Światło pojedynczej latarni wkrada się pomarańczowym światłem na ścianę i kawałek sufitu mojego pokoju. Jakby tam było już mało pomarańczowego.
Staram się przemyśleć dzisiejszy dzień. Dużo rzeczy się działo, ale gdybym rozegrał niektóre z nich nieco inaczej, mogłoby dziać się jeszcze więcej. Trudno. Jutro postaram się zagrać lepiej. Chociaż nie, nie postaram się. Jutro zagram lepiej.
Od snu powstrzymuje mnie jedynie pewna rozmowa na ogólnie znanym komunikatorze. Drastycznie zmusza mnie do logicznego myślenia i kojarzenia pozornie niewiele mających ze sobą wspólnego faktów. Ale podoba mi się ta rozmowa. Albo może bardziej podoba mi się styl rozmowy tej osoby, z którą rozmawiam. A może i sama osoba… Albo wszystko razem, złożone w coś na kształt mozaiki, której sens i przekaz widzimy dopiero gdy spojrzymy na nią z pewnej odległości…
Skończyła mi się herbata mocno-słodka z dodatkiem cynamonu. Szkoda. Szklanka stoi samotnie pośród innych trzech szklanek. I chyba też ja je opróżniłem. Ach, tak, przypominam sobie. Tu kawa, tu herbata, tu woda… Dziwna kombinacja, logika układu niezauważalna. I teraz czwarta szklanka, która nawet nieistniejący układ rozwala. No nic, zrobimy przegrupowanie. Tak, teraz lepiej. Ciekawa gra załamanego światła latarni na blacie biurka.
Niewiele może dziać się o tej godzinie w moim najbliższym otoczeniu. Ale to bardzo dobrze. Dzięki temu mogę wsłuchać się w to, co dzieje się dużo dalej. Ktoś się właśnie urodził. Jego krzyk to pewnie ta chwila nowo nabytej świadomości błędu, jaki popełnił zjawiając się na tym świecie. Chyba zorientował się, co go czeka. Niełatwe życie, pełne bólu i przykrości. Jeśli tak, to nie wie również o tych radościach, które ten płacz mogłyby stłumić.
Siedzę i myślę nad całym światem. Nie jest to łatwe zadanie. Gdybym palił cygara, pewnie bujałbym się teraz na krześle patrząc w sufit i zasmradzając powietrze w pokoju. Tymczasem siedzę i ogarniam myślami cały świat. Zawsze towarzyszy mi przy tym dziwne uczucie, którego nie potrafię nawet wytłumaczyć. Ale jest takie… odmienne. I bardzo dobrze.
Ogarniając cały świat wcale nie czuję się jak bóg. Ani tak nie wyglądam, ani się tak nie ubieram. Kiedy poruszasz się z prędkością myśli, możesz być wszędzie. Interesujące zjawisko. Nie zastanawiasz się czy prawdą jest to co widzisz. Bo właściwie te rzeczy nie mają znaczenia dla twojego prywatnego życia. Ale kiedy im się przyjrzysz, to dostrzegasz wspaniałość życia i okrucieństwo świata. Na raz. W jednym momencie. Dziwne uczucie, zapewniam.
Właściwie to czas chyba iść spać. Latarnia zgasła, chyba żarówka się przegrzała. Więc poleżę trochę w ciemności, lubię jej słuchać. Zawsze ma coś do powiedzenia. Zawsze coś ciekawego. W przeciwieństwie do niektórych ludzi. Możecie życzyć mi miłego słuchania, bo spać raczej nie będę…

 
Leave a comment

Posted by w dniu 14 Styczeń 2009 in Opowiadania

 
 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.